niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział 4

Dzisiaj mam bardzo rozległe plany. Chcę iść do miasta, lubię tam chodzić patrzeć jak wszystko odżywa. Widzieć ludzi którzy nie zginęli, wrócili, bo tu jest ich dom. Może Peeta wybierze się ze mną. Planuję jeszcze odwiedzić Haymitcha i porozmawiać z nim o wczorajszym zajściu.
Budzę się około godziny 6, lecz Peeta jeszcze śpi. Odgarniam mu włosy z czoła i przelotnie całuję. Lekko zaspany podnosi się do pozycji siedzącej.
-Dzień dobry, pora wstać.-szepcze żartobliwie do jego ucha.
-Wedle rozkazu.-pospiesznie gramoli się z łóżka, łapę go za rękę.
-Ale zostań jeszcze chwilę.-chcę jeszcze przez moment nacieszyć się jego bliskością. Kładę głowę na jego ramieniu, a on delikatnie gładzi moje włosy.
-Pójdziesz dziś ze mną odwiedzić Ćwiek i miasteczko.-pytam z entuzjazmem.
-Gdzie tylko zechcesz, tylko pozwolisz mi wieczorem trochę popracować?
-Oczywiście.
Dopiero kiedy wstaję, zdaję sobie sprawę, że spałam w ubraniach. Po śniadaniu muszę iść do siebie, a Peeta ma zamiar w tym czasie złożyć wizytę Haymitchowi. Przekraczam próg i już wiem, że od kiedy poczułam się bezpiecznie w domu Peety, to tu już nigdy nie będę mogła zasnąć spokojnie. Przebieram się pospiesznie i pakuję do torby kilka swetrów, spodni, koszulę nocną, naszyjnik i perłę, nic więcej nie będzie mi na razie potrzebne.
Idziemy powoli a nasze ręce są splecione. Nic nie mówimy delektujemy się ciepłym wiatrem i sobą nawzajem. Kiedy wchodzimy do miasta czuję na sobie spojrzenia gapiów. Peeta najwidoczniej nie zwraca na to uwagi. Chyba naprawdę dawno tu nie był, rozgląda się i analizuję wszystkie zmiany. Prowadzi mnie do ruin starej piekarni, tam kiedyś mieszkał z rodziną, rodziną, której już nie ma. Doskonale wiem co przeżywa.
-Na pewno chcesz?-nie rozmawialiśmy jeszcze o naszych rodzinach, o zmarłych, myślę, że żadne z nas nie jest gotowe. W odpowiedzi kiwa tylko głową.
Sama nie pierwszy raz widzę to miejsce, przychodziłam tu i próbowałam wyobrazić sobię jego cierpienie. Myślałam jak bardzo jest mu ciężko, ale nigdy nie odważyłam się zapytać.
-Katniss ich już nie ma. A ja nawet nie wiem jak zginęli, gdzie są pochowani.-głos mu drży i wiem, że powstrzymuję łzy. Wzdrygam się, ale po chwili obejmuję Peetę, a on wtula się w moje włosy.
Jego bracia, matka, może i była potworem, ale to matka. Ojciec, nawet nie zdążyłam ich dobrze poznać. Przeżywa to co ja może coś jeszcze gorszego. Teraz to ja mam ochotę płakać. Znowu powraca świadomość, że to wszystko moja wina, to ja doprowadziłam do ich śmierci.
-Jak ty sobie z tym radzisz?-pytam przez łzy.
-Nie radzę sobie Katniss, chodźmy stąd.-mówi stanowczo, ale nie umie ukryć bólu, który odczuwa.
Wytarł łzy z moich policzków i ruszyliśmy dalej.
Oprowadzałam go po nowych dzielnicach jakie powstały. Ludzie nie kryli zdziwienia na nasz widok. Nie zwracałam na nich uwagi, trzymałam go za rękę i nie zamierzałam puścić. Przez całą drogę nic nie mówiliśmy, ja byłam pogrążona w wyrzutach sumienia, a Peeta odpłynął gdzieś myślami. Pod drzwiami domu rozstaliśmy się, ja poszłam do Haymitcha pod pretekstem zaproszenia go na obiad, a Peeta postanowił przygotować coś do jedzenia.
Haymitch był dzisiaj zadziwiająco trzeźwy.
-Co cię tu sprowadza skarbie?-pyta z ironicznym uśmieszkiem. Nie mam zamiaru rozmawiać z nim o moich uczuciach. Już zaczynam żałować, że tu przyszłam, nie mam pojęcia jak się go zapytać o Peetę.
-Zjesz dzisiaj z nami obiad?-staram się aby pytanie zabrzmiało ciepło i przekonująco. Niestety moje staranie i tak nic nie dają.
-Z chęcią.-odpowiada i odwraca się, żeby na nalać bimbru do szklanki.
-Od naszego powrotu z Kapitolu, ty i Peeta bardzo się zaprzyjaźniliście, prawda?-to jedyne co przychodziło mi do głowy, a musiałam jakoś zacząć.
-Owszem, skąd takie nagłe zainteresowanie?-pyta lekko zmieszany.
-Wczoraj...-zawahałam się. -Rozwalił całą zastawę, bo jego koszmary z Kapitolu wróciły.-wyrzuciłam w końcu z siebie. -Często się to zdarza?-dodaję na koniec.
-Wcześniej tylko raz. Jeszcze w Kapitolu, kiedy dowiedział się, że twoja siostra Prim zginęła. Nie mógł znieść myśli, że byłaś wtedy sama, że nie mógł być przy tobie.-wypowiada cicho jakby to była jakaś tajemnica. Nie ukrywam, że ta informacja mnie zszokowała. Ja myślałam wtedy tylko o własnej śmierci, tylko o sobie, kiedy on przejmował się tylko mną. Mój mentor miał racje gdybym nawet żyła sto lat nigdy na niego nie zasłużę.
-Bądź przy nim.-mówi stanowczo.
Obiad szybko mija. Przy jedzeniu rozmawiamy o zmianach w mieście, o nowo przybyłych ludziach. Kiedy wszyscy są już najedzeni, Peeta zamyka się w swojej pracowni, a Haymitch wraca do siebie. Siedzę w fotelu w salonie otulona w koc. Chcę się oderwać od dręczących mnie mysli, jaka to ja jestem beznadziejna, nieodpowiedzialna i samolubna. Podchodzę więc do telefonu i już mam wybrać numer mamy, ale w ostatniej chwili widzę w książce telefonicznej imię Johanna. 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

REAKTYWACJA!

Wiem, że dodałam tylko 3 rozdziały i z góry przepraszam, że tak zawiesiłam bloga, ale znalazłam teraz czas i mogę pisać. Chcę kontynuować moją przygodę z FF :D no więc tak rozdziały bd się pojawiały w weekendy. Miłego tygodnia życzę :3